Ach, co to za otwarcie!

Fani Formuły 1 byli iście wyposzczeni, czekając ponad pół roku na kolejny wyścig Grand Prix. I chociaż tym razem sezon otwiera Austria, nie Australia, to nie możemy czuć się rozczarowani, nawet jeśli zwycięstwo padło łupem tego-zespołu-co-zwykle.

Ściganie w tym roku miało się rozpocząć 15 marca, tradycyjnie na torze w Melbourne. GP Austrii na torze Red Bull Ring miało być 11 „odcinkiem” zmagań o tytuł mistrza świata. Jednak rok 2020 miał inne zdanie w tym temacie i z powodu pandemii przez pewien czas nie mogliśmy być pewni czy w ogóle się odbędzie. Ostatecznie powrót królowej sportów motorowych został zaplanowany na początek lipca. Warto jednak zauważyć, że na tę chwilę mamy dopiero 8 oficjalnie potwierdzonych wyścigów.

Jeśli chodzi o składy zespołów, to nie mamy tutaj zbyt wielu przetasowań. Po roku przerwy do ścigania wraca Esteban Ocon, a jedynym debiutantem jest Nicholas Latifi w Williamsie, który zajął miejsce zwolnione przez Roberta Kubicę.

Piątkowe i sobotnie treningi pokazały, podobnie jak późniejsze kwalifikacje, że Mercedesy nie utraciły rozpędu poprzednich sezonów i wciąż są piekielnie mocne. Pewną niespodzianką mogły być dobra dyspozycja Racing Point i McLarena oraz słabe rezultaty Ferrari. W przypadku tych ostatnich, szczególnie widoczne było to podczas sesji kwalifikacyjnej, w której zawodnicy stajni z Maranello zajęli 7. i 11.(!) miejsce. Sytuacja wygląda nieciekawie dla wszystkich teamów korzystających z włoskich jednostek napędowych – Haasy i Alfy Romeo poradziły sobie jeszcze gorzej, walcząc o miejsca startowe z Williamsami.

Nie mogło też obejść się bez kontrowersji. Red Bull zawzięcie próbował zaskarżyć najpierw rozwiązania technologiczne (system DAS) Mercedesa, a później miejsce Lewisa Hamiltona i jego zachowanie przy wypadnięciu z toru jego kolegi pod koniec ostatniej sesji kwalifikacyjnej. Początkowo zarzuty wobec Lewisa zostały oddalone, jednak niemal tuż przed wyścigiem okazało się, że Red Bull ponownie zaskarżył to postanowienie, tym razem z innym skutkiem, co spowodowało pewne przetasowania na czele stawki.

Wyścig rozpoczął się dość spokojnie, bez żadnych większych „awantur” na starcie. Okazało się jednak, że prawdziwa zabawa dopiero miała się zacząć. Hamilton, oczywiście, dość szybko zaczął odrabiać pozycje stracone przez karę, wyprzedzając Norrisa i Albona. Na 11. okrążeniu rozpoczęło się to, co miało być motywem przewodnim tego wyścigu – problemy techniczne. Max Verstappen, będący do tej pory na drugiej pozycji, nagle stracił tempo. Dotoczył się do alei serwisowej, z której już nie wyjechał i kierowca, który wygrał ostatnie dwa GP Austrii, zmuszony był jako pierwszy (ale, jak szybko się okazało, nie jedyny), wycofać się z dzisiejszej rywalizacji. Kilka okrążeń później, również przez problemy z bolidem, wycofuje się Daniel Ricciardo, a tuż po nim Lance Stroll.

Po wypadnięciu z toru Haasa należącego do Kevina Magnussena, po raz pierwszy wyjechał samochód bezpieczeństwa. Dzięki temu stawka się zjechała i gdy doszło do restartu, mogliśmy oglądać walkę m.in. dwóch Mercedesów, od pewnego momentu czasami zakłócaną komunikatami od zespołu o zagrożeniu dla czujników i z zaleceniami unikania krawężników. W międzyczasie Sebastian Vettel zrobił to, co chyba obecnie (niestety) robi najlepiej – próbując nawiązać walkę z Carlosem Sainzem w jednym z zakrętów podszedł do sprawy zbyt optymistycznie (zblokowanie kół też mu chyba nie pomogło), doszło między nimi do lekkiego kontaktu, a przez to bolid Sebastiana się obrócił.

Pomimo problemów Mercedesa, wyglądało to wciąż dla nich dość bezpiecznie – trzeci Albon utrzymywał stratę ciągle na podobnym poziomie około 10 sekund. W nawiązaniu walki pomógł mu drugi samochód bezpieczeństwa, który wyjechał po tym, jak George Russell zaparkował na poboczu przez – a jakże – problemy techniczne (w tym samym czasie wyścig zakończył się również dla drugiego Haasa). Gdy już myśleliśmy, że ściganie rozpocznie się znowu po tym jak safety car zjechał do alei serwisowej, okazało się, że mechanicy Alfy Romeo prawdopodobnie nie przyłożyli się odpowiednio do swojej roboty i koło Kimiego Raikkonena nagle postanowiło odseparować się od reszty bolidu i zwiedzać tor na własną rękę.

W tym przypadku jak szybko neutralizacja się zakończyła, to jeszcze szybciej się ponownie rozpoczęła. W międzyczasie, jak później zostało przeanalizowane, Alex Albon wyprzedził Sergio Pereza, jednak gdy tuż po tym manewrze zauważył żółte flagi, zdjął nogę z gazu, Meksykanin skrzętnie to wykorzystał i wskoczył znów na 3. miejsce (które potem oddał tuż przed kolejnym restartem). Wydawało się więc, że podium Albona jest niemal pewne, a miał szansę na wyższą niż trzecia pozycję.

W tym jednak sam sobie przeszkodził, zbyt odważnie przypuszczając atak na Hamiltona. W wyniku tegoż zetknęli się kołami (panowie, gdzie tu social distancing?), przez co Albon wypadł na pobocze w żwir i wylądował na ostatnim miejscu. Na tym jednak jego pech się nie skończył, ponieważ 4 okrążenia przed metą ostatecznie również wycofał się z wyścigu. Ostatnim kierowcą, który nie przekroczył linii mety, była rosyjska torpeda, Daniił Kwiat. Jemu, podobnie jak Raikkonenowi, życie dzisiaj utrudniła opona, tylko że zamiast odlecieć w świat po prostu się zdezintegrowała.

Przez incydent z Albonem Hamilton dostał 5 sekund kary, co w połączeniu z rewelacyjnym ostatnim okrążeniem Lando Norrisa zepchnęło z podium jednego Brytyjczyka na rzecz innego. Lando dzisiaj radził sobie znakomicie i cieszy mnie, że udało mu się zmniejszyć stratę do Lewisa i wskoczyć na swoje pierwsze podium w karierze. Zajął tam miejsce obok Valtteriego Bottasa i Charlesa Leclerca.

Problemy techniczne sprawiły, że wyścigu nie ukończyło 9 z 20 bolidów. Jedynym zawodnikiem, który bez punktów dojechał do mety, był Nicholas Latifi. Gdyby jeszcze jednemu z kierowców się nie poszczęściło, Williams mógłby mieć jeden punkcik już na początku sezonu. Czy będą mieć taką szansę w kolejnych wyścigach? Okaże się wkrótce. Może już za tydzień w GP Styrii?

Źródło zdjęcia: Twitter F1


Komentarze

Popularne posty